wtorek, 5 lutego 2019

Czasami ktoś czuje to co ja

Myślałam, że już sobie poradziłam z tym wszystkim... Że limit łez został wyczerpany, a ja pomimo tęsknoty potrafię iść dalej. A jednak mam wrażenie, że czasami na jeden krok do przodu są jednak dwa do tyłu. Od dawna nie płakałam, a jednak piszę te słowa przez łzy.
Rozmawiałam dziś z kolegą z pracy o mojej sytuacji. To miały być 3 minuty, nawet nie do końca o mnie i moich uczuciach, ale wyszła z tego dłuższa rozmowa, która strasznie mnie zaskoczyła i która wypchnęła mnie w jakiś sposób z mojej strefy komfortu jaką sobie stworzyłam.
Nie wiedziałam, że on też to przeżył. W życiu bym się nie domyśliła... A jednak. Dziś tak naprawdę poczułam, że inni mają gorzej, albo może po prostu inaczej? Że to co czułam nie było nienormalne. To, że chciałam zniknąć, rozpłynąć się, nie czuć niczego... Inni też tak mają. W jakiś sposób poczułam się normalna. Chyba z nikim "obcym" do tej pory tak nie rozmawiałam, bo nikt nie miał takiego doświadczenia jak ja. Osoby, które tego nie przeżyły nie potrafią spojrzeć w ten sam sposób. Poczułam jakąś więź, której nie czułam wcześniej. Jestem mu strasznie wdzięczna za tę rozmowę, mimo, że wywołała we mnie burzę wspomnień i rozwaliła budowany przez długi czas porządek w mojej głowie i w sercu. Nie mogę przestać o tym wszystkim myśleć.
Tęsknię. Okruszek miałby już ponad 3 lata. Dawno nie liczyłam. Nie potrafię sobie wyobrazić jakim byłby dzieckiem. Łobuziakiem? A może grzecznym i spokojnym chłopcem? Byłby podobny do mnie czy do M? A może właśnie do siebie samego?
Dlaczego pojawił się w naszym życiu tylko na chwilę? Czy byłabym lepszym człowiekiem gdyby wszystko dobrze się skończyło?
Gdzie byłabym teraz gdyby nigdy nie pojawił się w moim życiu? Chyba nie zrozumiałabym wielu rzeczy, których mnie nauczyło to bolesne doświadczenie...
Czasem mam wyrzuty sumienia, że pamiętam za mało, że nie chodzę na cmentarz, ale wiem, że jego tam nie ma, zwłaszcza, że nigdy nie miał grobu. Nigdzie poza moimi listami i tym blogiem nie ma żadnego śladu, że on był, że zmienił mnie na zawsze.

Kocham Cię Okruszku. Mama

środa, 25 maja 2016

Bezsenność

Znów nie mogę spać... Weszłam tutaj i zdziwiłam się jak długo mnie nie było.
Od jakiegoś czasu staramy się o dziecko. Miałam nadzieję, że się uda. Tak po prostu, z pomocą lekarstw, miesiąc albo dwa i będę w ciąży. Moje marzenia jak zwykle były płonne. Wczoraj znów się dowiedziałam, że nic z tego. Mam coraz mniej siły żeby próbować. Coraz mniej siły żeby czekać, liczyć...
Pokonuję własne bariery i ograniczenia, ale zaraz potem pojawiają się nowe. Miesiąc temu sama podałam sobie zastrzyk z pregnylu. Ja, która od zawsze boi się igieł, odwraca wzrok na widok strzykawki i probówki z własną krwią... Po wszystkim zemdlałam, chociaż miałam nadzieję, że tak się nie stanie. Trochę boję się to powtórzyć, więc później M. był moim bohaterem... Nie wiem czy potrafiłabym być po tej drugiej stronie igły. Dla mnie to jeszcze gorsze niż zrobienie zastrzyku sobie samej. Podziwiam go za to, że nigdy się nie poddaje.

poniedziałek, 28 marca 2016

Wielkanoc

Miałam nadzieję, że Święta Wielkanocne pozwolą mi chociaż trochę oderwać się od smutnych myśli, tęsknoty i uwierzyć w to, że kiedyś jeszcze się spotkamy... Szkoda, że teoretycznie bliska osoba potrafi zdołować mnie w każde święta... Ile jeszcze razy podczas składania życzeń usłyszę "Życzę CI żebym JA niedługo doczekał prawnuków"? Jak bardzo nie dociera mój smutek? Ile razy jeszcze będę musiała powtarzać, że nie chcę o tym rozmawiać? Przy tych całych cholernych życzeniach prawie się popłakałam, a humor mam popsuty od samego rana, tuż po Rezurekcji, aż do teraz... Nie mogę przestać myśleć o moim dziecku, które powinno być teraz przy mnie... Czuję się kompletnie olana, moje uczucia się tu nie liczą...

piątek, 25 marca 2016

Tęsknię...

Chciałabym, żebyś tutaj był. Od początku myślałam, że chyba jesteś chłopcem i dlatego zostałeś Okruszkiem - bo to jednak taka męska forma. Planowałam, że nie będę chciała wiedzieć czy jesteś chłopcem czy dziewczynką - dzień porodu miał być dla mnie niespodzianką. Wiedziałam, że będę Cię kochać niezależnie od wszystkiego. Miałbyś teraz 4 miesiące i czekalibyśmy na pierwszą wspólną Wielkanoc. Chciałam Cię kochać, pokazać Ci świat, nauczyć wszystkiego co potrzebne do życia... A teraz zostały i tylko łzy, które pojawiają się w różnych momentach mojego życia.... Wiem tylko jedno - bez Ciebie już nic nigdy nie będzie takie samo...

Marzeń nie da się zatrzymać

Odkąd pamiętam, w naszym domu zawsze się coś działo. Miałam liczną rodzinę, więc wszelkie święta, komunie, imieniny i śluby były okazją do spotkania się z ludźmi, którzy byli ważni w moim życiu. Wigilia liczebnością zbliżała się czasami do małego wesela i chociaż czasami nie było idealnie, to jednak więzy rodzinne zawsze wygrywały i nawet po okresie małych buntów zawsze cieszyłam się na nadchodzące uroczystości i spotkania. Chyba między innymi z tego względu chciałam mieć dużą jak na obecne czasy rodzinę - dwójka dzieci to według mnie i mojego M. absolutne minimum, ale w głębi duszy obydwoje marzyliśmy o trójce, a najlepiej czwórce urwisów do kochania. Moje marzenia rozwijały się stopniowo, ale były bardzo skonkretyzowane - dzieci, mąż, przytulny domek z niewielkim ogródkiem... Nigdy nie marzyłam o wielkiej karierze, bo praca zawodowa nigdy nie potrafiła dać mi tyle satysfakcji, co dbanie o naszą małą dwuosobową rodzinę. Uważałam za naturalne, że półtora roku po ślubie będziemy mieć własne dziecko, które będzie żywym dowodem naszego uczucia, i które będziemy mogli kochać bezgranicznie.... Mówiąc szczerze, ja kochałam je już od momentu, w którym zakiełkowała mi myśl, że chcę być Mamą...
Kiedyś zaświtała mi myśl, co będzie jeśli nie będę mogła zajść w ciążę, ale w swojej naiwności odrzucałam takie myśli jako całkowicie niedorzeczne. Kiedy okazało się, że mamy problemy to chyba najbardziej bałam się badań męża, a nie swoich. Bałam się, że w takiej sytuacji będzie się obwiniał, a moja miłość chciała oszczędzić mu takiego bólu. Z perspektywy czasu widzę też wyraźniej, że mój organizm dawał mi znaki, że dzieje się coś niedobrego, ale za każdym razem były one zrzucane na coś innego... Kiedy mówiłam o swoich obawach, słyszałam, że przesadzam, że teraz dużo osób ma problemy z zajściem w ciążę, że może nie trafiamy w odpowiednie dni (sic!), że jestem jeszcze młoda (kiedy zaczyna się być starą?), że to wina stresu... Nawet badania hormonalne, które miałam zlecane nie miały większego sensu: były przeprowadzane chaotycznie, bez wzajemnego odniesienia różnych parametrów (nie można porównywać np. badania A z 3 dnia cyklu i badania B z 10 dnia innego cyklu - muszą być zrobione łącznie w odpowiednim momencie!). Jeden z hormonów wychodził za wysoki, a jego wartość regularnie wzrastała (więc było coraz gorzej), ale niezależnie od osoby, z którą o tym rozmawiałam, było to bagatelizowane... Szukałam jakiegoś rozwiązania, kolejnych lekarzy (ginekologów i endokrynologów). Dopiero pół roku po poronieniu znalazłam lekarkę, której naprawdę zależy na pacjencie. Jedyną rzeczą, która wszystko stopuje były terminy na NFZ, ale niestety nie było możliwości przeprowadzenia tych konkretnych badań w tym samym miejscu, ale prywatnie. Teraz jestem w trakcie leczenia, mogę przyjmować te leki maksymalnie przez 6 cykli. Dalej marzę o własnym dziecku, ale teraz będę szczęśliwa nawet mając tylko jedno... Chcę po prostu, żeby w końcu się udało...

środa, 23 marca 2016

Szczęście bez granic?

Niczym nieograniczone szczęście było moim udziałem przez bardzo krótką chwilę. Starania o dziecko przeciągały się w nieskończoność, a ja już chyba straciłam nadzieję... Z jednej strony czułam, że coś jest nie tak z moim organizmem, a z drugiej kolejni lekarze mówili mi żebym nie przesadzała, że jestem jeszcze młoda, że staramy się przecież dopiero pół roku, rok, półtora... Teraz żałuję, że po 3 miesiącach nie kłamałam, że to już rok. Może ktoś przestałby pieprzyć głupoty i w końcu zajął się mną, moim zdrowiem, cyklami po 60 dni... Ogromnymi zmianami nastrojów, nadmiernym owłosieniem, trądzikiem, na który nie pomagały żadne maści ani antybiotyki... Może ktoś zrobiłby mi komplet podstawowych badań hormonalnych tak jak mają być zrobione - w odpowiednim dniu cyklu i z wzajemnym porównaniem odpowiednich wartości.
Może wtedy nie straciłabym niemal 3 lat na starania o dziecko, które właściwie nie miało szansy się pojawić bez medycznego wspomagania. To, że Okruszek w ogóle pojawił się w moim życiu było chyba cudem... Tylko jakimś cudem ułomnym, bez happy endu i dziecka w ramionach, za to z ogromną pustką w głowie i sercu. Cudem, który skutkował moim załamaniem i objawami zespołu stresu pourazowego. Kompletnym zawaleniem się mojego świata, mojego życia, moich marzeń i nadziei...
Już nigdy nie będę tak szczęśliwa jak wtedy, gdy na teście zobaczyłam dwie kreski... Już nigdy nie będę tak się uśmiechać, jak wtedy, gdy mówiłam M., że będziemy mieli dziecko... Już nigdy nie będę patrzeć w przyszłość z taki optymizmem, jaki był moim udziałem rok temu.... Już nigdy...

To aż rok czy tylko rok?

Jutro mija rok od najgorszego dnia w moim życiu. Czas nie leczy ran. Dziś płaczę tak samo mocno jak wtedy.... A może jeszcze mocniej? Tęsknię za moim Okruszkiem, który nigdy nie doczekał "prawdziwego" imienia. Tęsknię za tym wszystkim co utraciłam 24 marca 2015 roku. Już nikt nie pamięta, każdy myśli, że się pozbierałam, że to przetrwałam i żyję dalej jak gdyby nigdy nic...Tylko mój M. pamięta i wspiera mnie bez słów. Nie widziałam go płaczącego, choć wiem, że to tylko maska założona specjalnie dla mnie... Żebym już całkiem się nie posypała.