Kiedyś zaświtała mi myśl, co będzie jeśli nie będę mogła zajść w ciążę, ale w swojej naiwności odrzucałam takie myśli jako całkowicie niedorzeczne. Kiedy okazało się, że mamy problemy to chyba najbardziej bałam się badań męża, a nie swoich. Bałam się, że w takiej sytuacji będzie się obwiniał, a moja miłość chciała oszczędzić mu takiego bólu. Z perspektywy czasu widzę też wyraźniej, że mój organizm dawał mi znaki, że dzieje się coś niedobrego, ale za każdym razem były one zrzucane na coś innego... Kiedy mówiłam o swoich obawach, słyszałam, że przesadzam, że teraz dużo osób ma problemy z zajściem w ciążę, że może nie trafiamy w odpowiednie dni (sic!), że jestem jeszcze młoda (kiedy zaczyna się być starą?), że to wina stresu... Nawet badania hormonalne, które miałam zlecane nie miały większego sensu: były przeprowadzane chaotycznie, bez wzajemnego odniesienia różnych parametrów (nie można porównywać np. badania A z 3 dnia cyklu i badania B z 10 dnia innego cyklu - muszą być zrobione łącznie w odpowiednim momencie!). Jeden z hormonów wychodził za wysoki, a jego wartość regularnie wzrastała (więc było coraz gorzej), ale niezależnie od osoby, z którą o tym rozmawiałam, było to bagatelizowane... Szukałam jakiegoś rozwiązania, kolejnych lekarzy (ginekologów i endokrynologów). Dopiero pół roku po poronieniu znalazłam lekarkę, której naprawdę zależy na pacjencie. Jedyną rzeczą, która wszystko stopuje były terminy na NFZ, ale niestety nie było możliwości przeprowadzenia tych konkretnych badań w tym samym miejscu, ale prywatnie. Teraz jestem w trakcie leczenia, mogę przyjmować te leki maksymalnie przez 6 cykli. Dalej marzę o własnym dziecku, ale teraz będę szczęśliwa nawet mając tylko jedno... Chcę po prostu, żeby w końcu się udało...
piątek, 25 marca 2016
Marzeń nie da się zatrzymać
Odkąd pamiętam, w naszym domu zawsze się coś działo. Miałam liczną rodzinę, więc wszelkie święta, komunie, imieniny i śluby były okazją do spotkania się z ludźmi, którzy byli ważni w moim życiu. Wigilia liczebnością zbliżała się czasami do małego wesela i chociaż czasami nie było idealnie, to jednak więzy rodzinne zawsze wygrywały i nawet po okresie małych buntów zawsze cieszyłam się na nadchodzące uroczystości i spotkania. Chyba między innymi z tego względu chciałam mieć dużą jak na obecne czasy rodzinę - dwójka dzieci to według mnie i mojego M. absolutne minimum, ale w głębi duszy obydwoje marzyliśmy o trójce, a najlepiej czwórce urwisów do kochania. Moje marzenia rozwijały się stopniowo, ale były bardzo skonkretyzowane - dzieci, mąż, przytulny domek z niewielkim ogródkiem... Nigdy nie marzyłam o wielkiej karierze, bo praca zawodowa nigdy nie potrafiła dać mi tyle satysfakcji, co dbanie o naszą małą dwuosobową rodzinę. Uważałam za naturalne, że półtora roku po ślubie będziemy mieć własne dziecko, które będzie żywym dowodem naszego uczucia, i które będziemy mogli kochać bezgranicznie.... Mówiąc szczerze, ja kochałam je już od momentu, w którym zakiełkowała mi myśl, że chcę być Mamą...
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz